Wiosna w natarciu


Pochodziłem, oj pochodziłem. Dawno już nie zrobiłem tylu kilometrów bez wędki i to w dodatku po wyjściu z samochodu. I dobrze, bo ryby nie brały, a przy okazji mogłem sobie przewentylować płuca, zapaskudzone niezdrowymi nałogami. Jak wspomniałem ryb na razie nie ma, zwłaszcza dla tych, którzy szukają ich przy pomocy spinningu. Próbowałem praktycznie na wszystko. Wymieniłem całą rzeszę małych obrotówek i woblerków. Byłem w bankowych miejscówkach i niestety kompletny klops. Wiadomo, załamanie pogody. Jak musi się czuć taka ryba w zimnej wodzie, skoro mnie przez dwa dni sagan uciskał i musiałem się wspierać apapem (udało się - zwaliłem na pogodę). Szczęście, że jeszcze w piątek liznąłem pięknej wiosny. Zajrzałem również na śluzę w Dębowie, ale jakiś nieprzyjazny jegomość akurat w tym momencie musiał przerzucać przez zastawki zatrzymane sterty zielska i gałęzi. O rybowaniu nie było więc mowy. Szybka decyzja - powrót do Dolistowa i wyjście w Bagna. I nie żałuję, warto było. Dawno się tyle nie nachodziłem . Przy moście już niestety śladowe rozlewiska, ale przynajmniej kaczeńce masowo się rozwijają i jest wyjątkowo żołto-przyjemnie. W każdym razie w Dolistowie Biebrza już w korycie. W Goniądzu jeszcze nie, czego przykładem jest fotka zrobiona w punkcie widokowym (jakiś plac rozbiórkowy) w miasteczku. Ale i tu, to kwestia czasu, myślę że paru dni. Nie dziw, że w takich warunkach ryby nie biorą. Obserwowałem spływającą wodę z łąk. Niosła ze sobą takie ilości larw komarów, kiełży i innego robactwa, że rybki na pewno mają co jeść. Zresztą widać, jak drobnica ustawia się przy takich spływach. No i dobrze - odpust. Jest czas wzrastania i czas żniw. Wracając do wędrówki, bo trochę odbiegłem od tematu, poszedłem drogą, którą po roztopach nikt przede mną nie chodził. Cel - spotkanie z łosiem. Klimaty piękne, trawy po horyzont i tylko jeden szkopuł - południe. Taki łoś to pewnie teraz śpi. Nagle zrobiło mi się trochę nieswojo. Do ludzi daleko, ani żywego ducha. Pomyślałem sobie, a może w parku introdukowano niedźwiedzie, no nie daj Boże tygrysy lub lwy jakieś, a ja nic o tym nie wiem. W każdym razie nic nie warczało, więc poszedłem dalej. Zajrzałem do kilku torfic (miejsca po wydobyciu torfu). Są to prawdziwe trumny dla zwierząt. Widziałem wcześniej w torficach rozkładające się szczątki łosi i dzików. Doły te są dość głębokie, a brzegi mają wręcz pionowe. Po wpadnięciu i człowiek miałby kłopot z wyjściem. Zwierzęta piją z nich chyba wodę. Ja nikomu nie polecam. Jest na pewno kwaśna od torfu i żyje w niej wszystko co lubi smród. Dziwię się, jak żaby w tym środowisku znoszą skrzek i doczekują się potomstwa. Ale widać są odporne, bo skrzeku jest co niemiara. Przy jednej torficy trafiłem na w miarę świeże odchody łosia, popularnie przez miejscowych zwane "łosim gownem". Pomyśleć, że kiedyś chciałem suszyć te bobki i sprzedawać jako atrakcje turystyczną, coś jak trawa w Białowieży. Jednak czy to ze wstydu czy z lenistwa, planu nie zrealizowałem. Nie dawno oglądałem w Discovery program, w którym pokazywano, zdaje się jakiegoś Fina, który właśnie tym się zajął i tłucze kasę na Japończykach aż miło. Bobki nawet oprawia w złoto. Ot "gowniany" interes. Postanowiłem wrócić i zaatakować brzeziny. Tam musi być. I dobrze zrobiłem. Naszedłem dwa brązowce. Niestety, widziały mnie już z daleka i zbytnio się nie zbliżyłem. Chociaż i tak wykazały dużo cierpliwości. Przez chwilę myślałem, że to wystawione dla turystów atrapy łosi. Ale chodzące atrapy ? Przez lornetkę widziałem je jak na dłoni, ale zwykły cyfrzak z 3-krotnym zoomem to niestety za mało. Klamka zapadła, kupujemy nowe pstrykadło. Może ktoś mi coś poradzi ? Zmęczony i szczęśliwy wróciłem do mostu. Porozmawiałem z Panem Malarzem. Większość z nas pstryka, a On pstryka i maluje. I to jak maluje... Będą też obrazy z Biebrzy. Polecam stronę Pana Malarza - www.wgorecki.com. Powiedział, że mam udział w obrazie, bo potrzymałem przez chwilę sztalugi. To prawdziwa sztuka, więc jestem dumny. A teraz czas pomieszkać. Przyjadę w maju na szczupaki, a jak nie będą brały to żadna strata, pójdę na Bagna...